Nie bój się, tato

Fundacja Cyryla i Metodego
NIP: 522-249-96-52
REGON: 013121848

Biuro TATO.NET
tel. (+48) 81 527 99 13
e-mail: info@tato.net

Adres do korespondencji:
ul. Ks. W. Danielskiego 10
20-806 Lublin




Zainwestuj w ojcostwo:


Przekaż darowiznę




Dane do przelewów tradycyjnych:


Odbiorca:
Fundacja Cyryla i Metodego
Nr rachunku BZ WBK:
PL32 1090 2688 0000 0001 3274 5411
Tytuł przelewu:
Darowizna na Tato.Net





Naszą witrynę przegląda teraz 43 gości 

Start Warto przeczytać Wywiady Nie bój się, tato
Nie bój się, tato  Email
Wpisany przez Radosław Pazura   
Spis treści
Nie bój się, tato
...byłem tym głównym przewijającym...
... kiedy zaczęła się relacja z dzieckiem?
Wszystkie strony

O przewijaniu, nadludzkich siłach, Marszu Tureckim i języku niemowląt - rozmowa z Radosławem Pazurą – aktorem, tatą i lektorem audiobooka pt. „Tworzenie więzi. Dla ojców niemowląt”


Rafał Janus:  W księgarniach pojawił się właśnie audiobook autorstwa Kena Canfielda, nagrany z Pana udziałem, adresowany do świeżo upieczonych ojców. Pana staż jako ojca jest już trochę dłuższy, prawda?

Radosław Pazura: No tak, można powiedzieć, że mam jakieś doświadczenie, bo moja córka ma już sześć lat.

RJ: Pytam, ponieważ w książce, którą Pan przeczytał, Ken Canfield, zachęca młodych ojców do kontaktu z tymi bardziej doświadczonymi. Chciałbym więc, wykorzystując nasze spotkanie, prosić Pana o podzielenie się odrobiną swojego ojcowskiego doświadczenia. Na przykład tym, jak Pan przygotowywał się do bycia tatą? Jeśli oczywiście miały miejsce jakieś przygotowania…

foto_r.pazuraRP: Moje przygotowania były dosyć długie a zaczęły się tak naprawdę od pytania skierowanego przez nas do Pana Boga, czy w ogóle otrzymamy ten dar. Jesteśmy starszymi rodzicami, moja żona urodziła w wieku 41 lat, a staraliśmy się już wcześniej, mając ponad 35, więc nie było to takie łatwe. Dlatego to przygotowanie zaczęło się od próśb do Tego, który decyduje o tym, czy ktoś będzie miał dziecko czy nie. I wybraliśmy drogę, która byłaby chyba najmilsza Stwórcy, czyli drogę życia w Kościele i otwarcia się na Jego działanie, po prostu modliliśmy się bardzo dużo, odwoływaliśmy się do wielu świętych, uczestniczyliśmy w pielgrzymkach, cały czas żyliśmy sakramentami, nie opuszczaliśmy mszy świętych. Była to więc prawdziwa bitwa niebieska a armaty, które w niej wytoczyliśmy były naprawdę mocne. Z drugiej strony oczywiście robiliśmy wszystko to, co było w naszej ludzkiej mocy, czyli najzwyczajniej w świecie byliśmy ze sobą i kochaliśmy się. Mieliśmy też wiele kontaktów z ludźmi, którzy mieli rodziny, mają rodziny lub też tak jak my wtedy przygotowywali się do narodzin dziecka. A gdy się już pojawiła wiadomość, że się udało, że w naszym mniemaniu stał się cud, to wtedy te przygotowania ruszyły jeszcze prężniej i jeszcze mocniej.

RJ: Była jakaś szkoła rodzenia?

RP: Szkoły rodzenia jako takiej nie było, natomiast była z nami jedna osoba, która nam pomagała i to wszystko tłumaczyła a poza tym opieraliśmy się na mnóstwie podręczników, które po prostu wchłanialiśmy i na takiej zwyczajnej pomocy, jaka płynęła ze strony ludzi, którzy dzielili się z nami swoim doświadczeniem. Oprócz tego nie przestawaliśmy się żarliwie modlić, między innymi o to, żeby Bóg dał nam siły, aby kiedy przyjdzie się nam zmierzyć z tym kimś, kto pojawi się na świecie, wiedząc już z opowiadań, że to nie jest wcale takie proste i wymaga dużo sił, żeby nam ich nie zabrakło.

RJ: Z pewnością trudno przygotować się na wszystko. Czy pamięta Pan co było dla niego największym zaskoczeniem?

RP: Chyba to, że generalnie wydarzenie narodzin dziecka jest tak wielkie a przeze mnie dodatkowo rozpatrywane w kategoriach cudu, czyli czegoś, czego nie da się do końca nazwać, pojąć, bo jest tak niepowtarzalne i tak piękne, że wyzwalają się w nas pokłady przemożnych sił, które są nam dane od Pana Boga i które sprawiają, że stajemy się nagle jakby „nadludźmi” (śmiech)

RJ: Kiedy pierwszy raz poczuł Pan napływ takich „nadludzkich” sił?

RP: Pamiętam to doskonale. Ken Canfield napisał w swojej książce, że tuż po narodzinach dziecka stajemy się nagle jakby wyżsi, silniejsi, potężniejsi, pełni mocy, że wręcz unosimy się nad ziemią. I ja to też tak wspominam. Już w okresie ciąży Doroty mnie się wydawało, że ja też jestem w ciąży, autentycznie! Polegało to na tym, że nawet kiedy byliśmy w różnych miejscach wyczuwałem na przykład, że żona się źle czuje. Doświadczaliśmy niesamowitej jedności, w taki bardzo namacalny sposób, jedności, która, jak wierzę, była owocem sakramentu małżeństwa. Ja żyłem życiem Doroty i życiem tego dziecka, które było w Dorocie a które było także moim dzieckiem. I podobnie było już po urodzeniu Klary, fantastycznie się uzupełnialiśmy z żoną i siła, jaką wtedy otrzymaliśmy była nieprawdopodobna. Ja czułem, że mogę przenosić góry, naprawdę.

RJ: Czyli tak, jak w tej historii z audiobooka, w której Canfield opowiada, że zaraz po maratońskim, całodobowym porodzie, wrócił do domu i… zbudował nowe schody.

RP: Takich sytuacji było mnóstwo. Ja mam wrażenie, że w takich momentach, pod wpływem impulsu, który płynie od serca, otwierają się w naszym umyśle jakieś klapki i jesteśmy w stanie funkcjonować na zupełnie innych obrotach. Myślę, że to jest taki dar Pana Boga i tak jest stworzona natura, że kiedy stajemy się rodzicami, to nagle jesteśmy w stanie unieść każdy ciężar. Bo trzeba też sobie powiedzieć, że to nie jest łatwy okres. Natomiast jest jednocześnie tak piękny, że warto się z tym zmierzyć.

RJ: Powiedział Pan, że ten czas był piękny, ale także trudny. Jakich trudności może spodziewać się przyszły ojciec?

RP: Dla nas taką trudnością był, co tu dużo mówić, wiek i problemy związane z siłami. Te nasze akumulatory wystarczyły na jakieś trzy miesiące i później zwyczajnie pojawił się kryzys, bo jednak organizm to wszystko odczuwał. Kiedy ma się już te 40 lat, to sił najnormalniej w świecie nie starcza. Ale wydaje mi się, że to było po coś, bo nasz organizm jest tak wspaniale skonstruowany, że kiedy na przykład mniej śpimy, to też uczymy go, iż może przyszedł czas, w którym snu będzie trochę mniej. I tak rzeczywiście było. Po 3 miesiącach pojawił się kryzys, ale potem wszedłem w okres, w którym zwyczajnie potrzebowałem mniej snu, po prostu ten krótszy sen regenerował mnie tak, że mogłem normalnie funkcjonować. Dlatego wiem teraz, że nie trzeba się tych trudności strasznie bać i uciekać od ojcowskich obowiązków.  Zresztą Canfield też o tym pisze, żeby nie bać się rzucić na głęboką wodę, nawet, gdyby miało nas to trochę kosztować, również nie bać się tego, że mogłoby się popełnić jakiś błąd. Nieważne, że tym razem nie udało się zrobić tak, jak pisali w podręczniku, na przykład przy zmienianiu pieluchy. Przy piątym, dziesiątym, setnym przewijaniu będzie się już mistrzem świata. To później przychodzi samo.



 
Tato.Net, Powered by Joomla!     Valid XHTML and CSS.     Wykonanie slavo.net.pl.     Design: At Work.

Ten serwis wykorzystuje pliki cookies. Wszystkie zasady ich używania wraz z informacjami o sposobie wyrażania i cofania zgody na używanie cookies, opisaliśmy w Polityce prywatnościAkceptuję